„Dead internet theory” – czy internet już jest w większości generowany przez boty
Wyobraź sobie, że wchodzisz na wielki, gwarny rynek w centrum ogromnej metropolii. Słyszysz tysiące głosów, widzisz tłumy wymieniające poglądy, żartujące, kłócące się o politykę i dzielące się ze światem prozaicznymi chwilami. Podchodzisz bliżej i ze zgrozą odkrywasz, że większość z tych ludzi to perfekcyjnie wykonane manekiny. Mechanicznie powtarzają te same frazy, dyskutują między sobą w wyuczonej pętli, uśmiechają się sztucznie wygenerowanymi twarzami, a ty jesteś jedynym żywym człowiekiem w promieniu kilometra. Witamy w świecie Teorii Martwego Internetu (Dead Internet Theory).
Jeszcze do niedawna pomysł ten przypisywano mieszkańcom najgłębszych, pokrytych folią aluminiową zakamarków internetu. Ot, kolejna cyber-paranoja i urocza creepypasta o tym, że zła sieć podmieniła nas na skrypty. Jednak dziś, w pędzącej erze generatywnej sztucznej inteligencji, to co brzmiało jak szalona teoria spiskowa, niebezpiecznie zbliża się do ponurej diagnozy naszej cyfrowej codzienności. Zastanówmy się więc: czy internet już umarł, a my jedynie bezmyślnie scrollujemy jego cyfrowe zwłoki?
Foliarstwo czy proroctwo? Skąd wzięła się Teoria Martwego Internetu
Aby zrozumieć skalę zjawiska, musimy cofnąć się do 2021 roku. To wtedy na niszowym forum Agora Road’s Macintosh Cafe opublikowano obszerny manifest, który stał się iskrą zapalną dyskusji. Twórca ukrywający się pod pseudonimem argumentował, że większość prawdziwie ludzkiego, organicznego ruchu w internecie zamarła gdzieś na przełomie lat 2016 i 2017. Według niego od tego momentu algorytmy i proste programy (wtedy jeszcze nie tak potężne jak ChatGPT) zaczęły wypierać autentyczne interakcje, serwując nam ułudę aktywności. Cel? Korporacyjna kontrola, maksymalizacja czasu spędzanego przed ekranem i inżynieria społeczna.
W tamtym czasie tezy te przyjmowano z pobłażliwym uśmiechem. W końcu sami codziennie rozmawialiśmy z prawdziwymi znajomymi, prawda? Problem polega na tym, że teoria ta przewidziała problem, z którym zderzamy się dzisiaj niczym z pędzącym pociągiem. Współczesny rozwój dużych modeli językowych (LLM) dał do ręki botom narzędzia, o jakich twórcy pierwszych złośliwych skryptów nawet nie śnili. Granica między autentycznym człowiekiem a maszynowym generatorem treści stała się cienka jak piksel. I niepostrzeżenie zaczęła znikać.
Ocean plastiku, czyli zjawisko enshittification a powódź botów
Internet przypomina dziś ocean, do którego bezustannie pompowane są tony plastikowych śmieci. Nie zawsze widać je z lądu, ale powoli niszczą cały ekosystem. Ten proces degradacji amerykański pisarz i bloger Cory Doctorow nazwał trafnie „enshittification” (upapranie, postępująca degrengolada) platform cyfrowych. Giganci technologiczni obniżają jakość, by wycisnąć ostatniego centa od reklamodawców. Jak to się ma do botów? To idealne środowisko do ich rozwoju.
Farmy treści zalewają wyszukiwarkę Google artykułami pisanymi przez AI pod SEO, które odpowiadają na najprostsze pytania w kilkuset zdaniach pozbawionych sensu. Sklepy e-commerce zapchane są milionami fałszywych opinii, generowanych w ułamku sekundy, by pozycjonować tanie, niesprawdzone produkty. Jesteśmy w sytuacji, w której automat pisze recenzję blendera, a inny automat ocenia jej użyteczność, aby algorytm kolejnego automatu umieścił ją na szczycie strony. My jesteśmy tu zaledwie pasywnymi (i coraz bardziej zmęczonymi) konsumentami.
Krewetkowy Jezus, amen i groteska na Facebooku
Jeśli chcesz zobaczyć „martwy internet” w akcji, wejdź w sekcję proponowanych na Facebooku lub przewiń najgłębsze zakamarki X (dawnego Twittera). Ostatnie miesiące przyniosły na portalu Zuckerberga absurdalną plagę sztucznie wygenerowanych obrazów. Od afrykańskich dzieci lepiących z błota samochody luksusowe, po absolutny klasyk cyfrowego kiczu: Krewetkowego Jezusa (jezusa złożonego ze skorupiaków).
Dla człowieka o sprawnym umyśle to ewidentny wykwit programu typu Midjourney. A co znajdziemy w komentarzach pod takimi postami? Tysiące powtarzających się opinii: „Piękne! Amen!”, „Zdolny chłopiec, udostępniam!”, „Boże błogosław!”. Kto to pisze? W ogromnej mierze inne boty, zaprogramowane do automatycznej interakcji z obrazami generującymi zasięg, ewentualnie starsi użytkownicy, którzy pogubili się w wyścigu z technologią i nie potrafią odróżnić prawdy od algorytmicznej halucynacji. To idealny przykład przerażającej, zamkniętej pętli martwej przestrzeni: sztuczna inteligencja wrzuca wygenerowany obrazek po to, by inne sztuczne inteligencje w komentarzach podbiły jej statystyki wyświetleń.
Liczby nie kłamią: ile bota w internecie?
By uciec od publicystycznych analogii, spójrzmy na twarde dane. I tu uśmiech szybko zamarza na ustach. Firma Imperva regularnie analizuje globalny ruch w sieci w ramach swojego cenionego Bad Bot Report. Raport z 2024 roku ujawnia porażającą statystykę: w ubiegłym roku niemal 50 procent całkowitego światowego ruchu internetowego (dokładnie 49,6%) wygenerowały boty!
Z tego aż 32 procent stanowiły tak zwane „złe boty” (bad bots) – czyli skrypty napisane specjalnie po to, by kraść dane (scraping), generować spam, atakować serwery czy fałszować wyświetlenia. Wyobraź sobie dowolną dyskusję w internecie – na każdy merytoryczny argument statystycznie przypada szum cyfrowy emitowany przez program, który nie wie, czym jest sen czy filiżanka kawy. Co więcej, badacze Europolu w swoich prognozach wskazali niedawno, że nawet 90% zawartości w sieci do 2026 roku może być wygenerowane syntetycznie.
Model Collapse – gdy algorytm pożera własny ogon
Badacze technologii ostrzegają przed kolejnym zjawiskiem potęgującym wrażenie zepsucia internetu, znanym jako Model Collapse (załamanie modelu). Wyobraźmy sobie kasetę magnetofonową z przegranym utworem muzycznym. Jeśli przegrasz ją po raz setny z kopii, dźwięk będzie tylko uciążliwym piskiem i trzeszczeniem. Podobnie działa sztuczna inteligencja na cyfrowym śmietnisku.
Modele jak GPT-4 czy Claude zostały wytrenowane na gigantycznej porcji wciąż ludzkiego internetu. Kiedy jednak sieć zapełnia się bełkotem wygenerowanym przez starsze modele AI, nowe generacje algorytmów zaczną uczyć się na tym właśnie bełkocie. Wyniki badań (m.in. naukowców z uniwersytetów Oksfordzkiego czy Cambridge) publikowane m.in. w prestiżowym „Nature”, jasno pokazują: gdy SI zmuszona jest pochłaniać dane stworzone przez inną SI, szybko traci „rozum”, jej odpowiedzi stają się gorsze, jednowymiarowe, banalne i naszpikowane tzw. halucynacjami. Martwy internet może w końcu „zatruć” nawet najpotężniejsze silniki sztucznej inteligencji.
Wielka ucieczka z cyfrowego Rynku – Dark Social i powrót do korzeni
W poszukiwaniu sensu, zaufania i autorytetu, czyli wartości określanych przez Google jako zasady E-E-A-T (Experience, Expertise, Authoritativeness, Trustworthiness), ludzie nieświadomie reagują na teorię martwego internetu. Skoro globalne algorytmy serwują nam papkę dla botów, prawdziwi użytkownicy przenoszą się tam, gdzie pająki indeksujące nie mają łatwego dostępu. Ten proces można opisać ewolucją w stronę Dark Social.
Platformy otwarte, traktowane kiedyś jak globalny rynek (Twitter, wielkie grupy facebookowe, fora ogólne) powoli niszczeją i odpychają użytkowników. Ludzie uciekają do mniejszych, weryfikowalnych baniek. Discordy hobbystyczne zakładane ze znajomymi, płatne newslettery cenionych autorów na portalu Substack, zamknięte komunikatory jak WhatsApp czy Telegram czy po prostu niszowe, mocno moderowane społeczności (np. mniejsze subreddity). Tam poszukujemy dowodu na ludzkie doświadczenie, specyficznego poczucia humoru czy nawet naszych pięknych, nieidealnych literówek, których żaden wyrafinowany skrypt nie podrobi z wystarczającym naturalizmem.
Martwy czy po prostu inny? Wnioski na przyszłość
Zatem odpowiedź na pytanie postawione na początku brzmi paradoksalnie: Teoria Martwego Internetu nie była obłąkaną fikcją, była niedoskonałym, przedwczesnym przepowiedzeniem naszego dzisiejszego problemu. Internet jako wolnodostępna, globalna przestrzeń wymiany myśli organicznych użytkowników faktycznie zdaje się odchodzić do lamusa. Miejsca otwarte i darmowe stały się pożywką dla niezliczonych zastępów wirtualnych maszyn.
Ale internet z pewnością nie umarł całkowicie. Po prostu pęka, rozpada się i decentralizuje. W erze dominacji sztucznej inteligencji naszą nową walutą stało się autentyczne, ludzkie doświadczenie. Paradoksalnie to wielka szansa dla ambitnego dziennikarstwa i eksperckich mediów. Ponieważ z biegiem czasu będziemy skłonni ufać – a nawet płacić za zaufanie – tym witrynom, na których gwarantem jakości i prawdy zawsze będzie człowiek dysponujący sercem, duszą i, co najważniejsze, własnym rozumem.

