Dlaczego niektóre marki celowo pogarszają jakość produktów
Kupujesz flagowy smartfon. Studiujesz rankingi, sprawdzasz parametry, płacisz kwotę równą miesięcznej pensji i cieszysz się nowym nabytkiem. Dwa lata później, tuż po wygaśnięciu gwarancji, bateria zaczyna trzymać ułamek tego co na początku, a telefon podejrzanie zwalnia. Wszyscy znamy ten refren. To, co kiedyś braliśmy za zwykłe narzekanie malkontentów, którzy z nostalgią wspominają czasy niezniszczalnych lodówek Mińsk, dziś jest twardym, zoptymalizowanym modelem biznesowym. Produkowanie rzeczy gorszych, mniej trwałych i uboższych w funkcje przestało być wynikiem błędów inżynieryjnych. Stało się celową, cyniczną strategią napędzającą słupki w Excelu.
Spisek żarówkowy, czyli gdzie to wszystko się zaczęło
W 1924 roku w Genewie wydarzyło się coś, co na zawsze zmieniło oblicze kapitalizmu. Przedstawiciele największych producentów żarówek, w tym tacy giganci jak Osram, Philips czy General Electric, usiedli do wspólnego stołu. Powołali do życia kartel Phoebus, którego nadrzędnym celem nie była innowacja, lecz systematyczne i celowe pogorszenie jakości. Ustalili, że żywotność standardowej żarówki musi zostać sztucznie ograniczona z około 2500 do zaledwie 1000 godzin. Jeśli produkt działał zbyt długo, firmy nakładały na siebie wysokie kary finansowe.
Dlaczego to zrobili? Odpowiedź jest do bólu prosta: żarówka, która się nie przepala, to klient, który nigdy nie wraca do sklepu. Kartel ostatecznie rozpadł się pod wpływem II wojny światowej i wojen patentowych, ale ziarno zepsucia zostało zasiane. To historyczne wydarzenie uważa się powszechnie za narodziny zjawiska, które dziś ekonomiści i badacze nazywają planowanym postarzaniem produktu (ang. planned obsolescence). Od tamtej pory celowe obniżanie trwałości stało się jednym z fundamentów masowej produkcji.
Skimpflacja. Gdy produkt chudnie w oczach (i w składzie)
Zjawisko pogarszania jakości nie dotyczy wyłącznie elektroniki. Równie brutalnie uderza w nas podczas codziennych zakupów spożywczych. W ostatnich latach do słownika ekonomistów przebojem wdarło się słowo skimpflacja (od angielskiego skimp – skąpić). To wyjątkowo perfidna forma ukrytej inflacji. Zamiast podnosić cenę lub zmniejszać gramaturę (co nazywamy shrinkflacją), producenci po cichu zmieniają receptury swoich produktów na tańsze.
Ulubiona czekolada nagle smakuje jak wyrób czekoladopodobny z lat 80.? To nie twoje kubki smakowe płatają figle. To producent zastąpił drogie masło kakaowe tanim olejem palmowym. W płynie do naczyń jest więcej wody, a w ulubionych parówkach mniej mięsa na rzecz wypełniaczy. Opakowanie pozostaje identyczne, cena ani drgnie, a konsument nieświadomie finansuje utrzymanie wyższej marży korporacji. Skimpflacja jest trudna do udowodnienia bez regularnego śledzenia mikroskopijnego druku na etykietach, na co mało kto ma czas.
Cichy zabójca lojalności konsumenckiej
Z punktu widzenia psychologii biznesu to ryzykowna gra. Marki budują zaufanie latami, wydając miliony na kampanie wizerunkowe, a następnie trwonią je w imię kwartalnych zysków. Eksperci z zakresu consumer behavior podkreślają, że gdy klient w końcu zorientuje się, że został oszukany na jakości, jego odejście do konkurencji jest niemal pewne. Niestety, w branży FMCG (dóbr szybkozbywalnych), gdzie rynek zdominowany jest przez kilka globalnych holdingów, wybór bywa iluzją.
Enshittification. Dlaczego psuje się nawet internet?
Jeśli myślisz, że psują się tylko rzeczy materialne, spójrz na swój ekran. Amerykański dziennikarz i pisarz Cory Doctorow ukuł niedawno termin, który idealnie diagnozuje współczesną gospodarkę cyfrową: enshittification (w wolnym tłumaczeniu: gównofikacja). Według Doctorowa każda platforma cyfrowa przechodzi ten sam destrukcyjny cykl życia, w którym celowo pogarsza jakość swoich usług.
Faza pierwsza to miodowe lata. Platforma (np. Amazon, Facebook czy Uber) jest świetna dla użytkowników. Działa płynnie, nie ma reklam, ceny są subsydiowane, a algorytmy pokazują to, co chcemy widzieć. Kiedy użytkownicy są już uwięzieni w ekosystemie, zaczyna się faza druga: platforma staje się dobra dla sprzedawców i twórców. Oferuje im ogromne zasięgi, by uzależnić ich od siebie. Gdy obie strony są w pułapce bez realnej alternatywy, następuje faza trzecia: platforma staje się dobra już tylko dla swoich akcjonariuszy.
Zysk ponad użyteczność
Wyniki wyszukiwania zalewają opłacone śmieci, feed na portalach społecznościowych to niekończący się ciąg reklam, a serwisy VOD wprowadzają dodatkowe opłaty za współdzielenie kont, faszerując tańsze pakiety blokami reklamowymi. Użytkownik płaci więcej za znacznie gorszy produkt cyfrowy, z którego nie potrafi już zrezygnować. To mechanizm, w którym jakość jest świadomie redukowana na rzecz agresywnej monetyzacji i zadowolenia giełdy.
Postarzanie produktu w technologii. Mit czy brutalna rzeczywistość?
Wrócmy do elektroniki, bo to tu planowane postarzanie zbiera najbardziej widoczne żniwo. Raporty organizacji takich jak Europejskie Biuro Ochrony Środowiska (EEB) nie zostawiają na gigantach technologicznych suchej nitki. Laptopy, w których pamięć RAM i dyski są wlutowane na stałe w płytę główną. Smartfony oklejone tonami kleju przemysłowego, co czyni wymianę baterii zadaniem dla sapera. Drukarki blokujące się po użyciu nieoryginalnego tuszu za ułamek ceny.
To wszystko nie służy miniaturyzacji, jak próbują nam wmówić działy PR. To celowe blokowanie niezależnych serwisów. Głośnym echem odbiła się afera znana jako batterygate, w której udowodniono, że Apple świadomie zwalniało starsze modele iPhone’ów za pomocą aktualizacji oprogramowania. Firma broniła się, że robiła to w trosce o żywotność zużytych baterii, ale ostatecznie musiała zapłacić setki milionów dolarów ugody w pozwach zbiorowych. Klienci poczuli, że ich urządzenia są sabotowane po to, by przyspieszyć decyzję o zakupie nowego modelu.
Ekonomia jednorazowości. Szybka moda i meble z kartonu
Gdy spojrzymy na branżę odzieżową i wyposażenia wnętrz, trend pogarszania jakości przyjmuje postać fast fashion i fast furniture. Firmy takie jak Shein, Temu czy Zara opierają swój model na hiperkonsumpcji. Ubrania są projektowane tak, aby przetrwały zaledwie kilka prań. Używa się najtańszych poliestrów, nici pękają, a fasony błyskawicznie tracą kształt. Koszulka za 20 złotych to nie cud optymalizacji produkcji – to wyrób jednorazowy.
Podobnie rzecz ma się z tańszymi meblami. Płyty wiórowe są coraz cieńsze, a okleiny imitujące drewno rysują się od samego patrzenia. Zjawisko to wynika z presji na obniżanie kosztów (aby utrzymać konkurencyjność cenową) i skrócenie cyklu życia produktu. Wyprowadzka na nowe mieszkanie często kończy się wyrzuceniem szafy, bo ta nie przetrwa nawet jednego demontażu. To napędza spiralę sprzedaży, generując przy tym gigantyczne, niepoliczalne koszty ekologiczne.
Prawo do naprawy. Czy fala zaczyna zawracać?
Mimo tak ponurego krajobrazu, widać światełko w tunelu. Konsumenci są coraz bardziej świadomi, a gniew społeczny powoli przekuwa się w realne działania ustawodawcze. Unia Europejska przeforsowała przepisy wymuszające na producentach urządzeń mobilnych powrót do łatwo wymienialnych baterii do 2027 roku. Wymuszono także standaryzację portów ładowania (USB-C), co samo w sobie ograniczy e-elektrośmieci. Ruch Right to Repair (Prawo do naprawy) odnosi kolejne sukcesy w Stanach Zjednoczonych i Europie.
Ustawa o prawie do naprawy zmusza korporacje do udostępniania części zamiennych oraz instrukcji serwisowych niezależnym punktom naprawczym przez okres od 7 do 10 lat od wypuszczenia produktu na rynek. To potężny cios w strategię planowanego postarzania. Niektóre marki powoli zauważają, że promowanie długowieczności sprzętu może być nowym wyróżnikiem na rynku. Przykłady takie jak Fairphone – w pełni modularny smartfon, który można naprawić w domu śrubokrętem – pokazują, że inna droga jest możliwa.
Koniec złudzeń. Co możemy zrobić my?
Celowe pogarszanie jakości produktów to rak toczący współczesną gospodarkę opartą na niekończącym się wzroście. Korporacje gonią za kwartalnymi celami, zapominając, że zasoby naszej planety są skończone, a cierpliwość konsumentów ma swoje granice. Zarówno skimpflacja, enshittification, jak i chłodno skalkulowane postarzanie elektroniki to po prostu różne maski tego samego problemu.
Jako konsumenci nie jesteśmy jednak całkowicie bezbronni. Głosujemy naszymi portfelami każdego dnia. Czytanie etykiet, wybieranie sprzętów z dłuższą gwarancją, wspieranie firm oferujących części zamienne i stawianie na modele subskrypcyjne, w których producentowi zależy na działaniu sprzętu (tzw. product-as-a-service), to nasza tarcza ochronna. Zmiana tego toksycznego modelu będzie wymagała czasu i silnych regulacji, ale bez naszej krytycznej postawy, jakość nadal będzie tylko pustym hasłem z reklamowych billboardów.

