Jak czytać więcej bez rezygnowania z innych zajęć

Współczesny paradoks polega na tym, że mając dostęp do niemal całej wiedzy i literatury świata za pomocą kilku kliknięć, deklarujemy chroniczny brak czasu na jej przyswajanie. Ta sama technologia, która otworzyła przed nami bibliotekę aleksandryjską na sterydach, stała się jednocześnie naszym największym złodziejem uwagi. Twierdzimy, że doba jest za krótka, zapominając, że Izaak Newton w czasie zarazy, która zamknęła go w domu, sformułował prawo powszechnego ciążenia, mając do dyspozycji dokładnie te same 24 godziny. Problem nie leży więc w ilości czasu, ale w jego architekturze i jakości. Pytanie nie brzmi: „jak znaleźć czas na czytanie?”, ale „jak odzyskać czas, który już mamy?”.

Architektura czasu, czyli gdzie znikają minuty

Zanim zaczniemy wpychać nową aktywność do i tak napiętego grafiku, warto przeprowadzić audyt tego, co już w nim jest. Często operujemy na fałszywym założeniu, że nasz dzień jest wypełniony po brzegi produktywnymi, niezbędnymi zadaniami. Tymczasem dane malują zupełnie inny obraz. Według raportu Digital 2023, średni czas spędzany w mediach społecznościowych to 2 godziny i 31 minut dziennie. W skali tygodnia to niemal 18 godzin. W skali miesiąca – ponad 75 godzin. To ekwiwalent przeczytania kilku solidnych powieści.

Nie chodzi o to, by demonizować media społecznościowe czy streaming, ale by uświadomić sobie istnienie zjawiska, które można nazwać czasem śmieciowym. To odpowiednik pustych kalorii w diecie. Krótkie, pozornie niewinne chwile spędzone na bezrefleksyjnym scrollowaniu, odświeżaniu tablicy czy oglądaniu kolejnego piętnastosekundowego filmiku. Każda z tych czynności z osobna jest nieistotna, ale w sumie tworzą potężny blok czasowy, który po prostu przecieka nam przez palce.

Pierwszym krokiem nie jest więc szukanie wolnej godziny, ale identyfikacja i odzyskanie tych rozproszonych minut. To czas w kolejce, w komunikacji miejskiej, podczas czekania na zagotowanie się wody na herbatę, a nawet w trakcie mechanicznych czynności domowych. To są właśnie te pęknięcia w strukturze dnia, przez które ucieka nasza uwaga i które możemy na nowo zagospodarować.

Redefinicja czytania w XXI wieku

Część problemu leży w naszym mentalnym obrazie czytelnika. Widzimy kogoś w wygodnym fotelu, z kubkiem parującego napoju, w absolutnej ciszy, z grubą, papierową książką w ręku. To piękny, ale coraz bardziej luksusowy i niepraktyczny stereotyp. Uparta wierność tej jednej, konkretnej formie czytania jest jak próba podróży z Warszawy do Lizbony wyłącznie dyliżansem, ignorując istnienie samolotów i pociągów. Aby czytać więcej, musimy poszerzyć definicję samego aktu czytania.

Audiobook – czytanie uszami

Pytanie „czy słuchanie to czytanie?” od lat budzi emocje. Z perspektywy neurobiologii odpowiedź jest fascynująca. Badania, takie jak to opublikowane w Journal of Neuroscience w 2019 roku, wykazały, że mózg przetwarza historie w bardzo podobny sposób, niezależnie od tego, czy docierają do niego przez oczy, czy przez uszy. Aktywowane są te same obszary odpowiedzialne za przetwarzanie języka i rozumienie znaczeń. Różnice są minimalne i dotyczą głównie pierwotnych obszarów sensorycznych.

Audiobooki to technologia, która pozwala na integrację czytania z życiem, a nie konkurowanie o ten sam, ograniczony zasób czasu. Można ich słuchać podczas:

  • dojazdów do pracy lub na uczelnię,
  • treningu na siłowni lub biegania,
  • sprzątania, gotowania, prasowania,
  • spaceru z psem.

Dzięki temu czas, który do tej pory był „zajęty” przez czynności nieangażujące poznawczo, staje się czasem lektury. To nie jest multitasking w destrukcyjnym tego słowa znaczeniu, jak próba pisania maila podczas spotkania. To nakładanie warstw – na warstwę aktywności fizycznej nakładamy warstwę intelektualną.

E-booki i czytniki – biblioteka w kieszeni

Głównym wrogiem nawyku czytania jest tarcie. Każda dodatkowa czynność, którą musimy wykonać, by zacząć czytać – znalezienie książki, zapewnienie dobrego oświetlenia, przyjęcie wygodnej pozycji – zmniejsza prawdopodobieństwo, że w ogóle to zrobimy. Czytnik e-booków lub nawet aplikacja na smartfonie redukuje to tarcie niemal do zera.

Książka jest zawsze z tobą, w kieszeni. Pięć minut czekania na autobus to pięć minut, które można spędzić z Dostojewskim. Czytnik z podświetlanym ekranem eliminuje problem oświetlenia, a możliwość dostosowania wielkości czcionki to ulga dla zmęczonych oczu. Najlepszą książką jest ta, którą masz przy sobie, a technologia sprawiła, że możesz mieć przy sobie wszystkie.

Teksty krótsze, ale wartościowe

Czytanie to nie tylko powieści liczące 800 stron. To także wysokiej jakości eseje, reportaże, artykuły long-form czy newslettery tematyczne. Wartościowy, dobrze zresearchowany artykuł na kilkanaście tysięcy znaków może dostarczyć więcej wiedzy i satysfakcji niż słaba, rozwleczona powieść. Platformy takie jak Substack, Aeon czy polskie czasopisma cyfrowe oferują treści, które można skonsumować w ciągu 15-30 minut, idealnie wypełniając wspomniane wcześniej „pęknięcia w czasie”. To doskonały trening dla mózgu i sposób na utrzymanie intelektualnej kondycji bez konieczności podejmowania wielogodzinnego zobowiązania.

Inżynieria nawyku, czyli jak oszukać własny mózg

Wiedza o tym, gdzie jest czas i jak można czytać, to jedno. Przekształcenie tej wiedzy w regularną praktykę to zupełnie inne wyzwanie, które rozgrywa się na polu psychologii i neurobiologii.

Prawo tarcia poznawczego

Nasz mózg jest z natury leniwy. Zawsze będzie dążył do wyboru ścieżki o najmniejszym oporze. Jeśli telefon z niekończącym się strumieniem dopaminowych strzałów leży na wyciągnięcie ręki, a książka na półce w drugim pokoju, wybór jest niemal przesądzony. Kluczem jest odwrócenie tej dynamiki.

  • Zwiększ tarcie dla rozpraszaczy: Odinstaluj aplikacje społecznościowe z telefonu (korzystaj z nich w przeglądarce, co jest mniej wygodne). Wieczorem zostawiaj telefon do ładowania w innym pomieszczeniu niż sypialnia. Używaj aplikacji blokujących dostęp do określonych stron w godzinach pracy.
  • Zmniejsz tarcie dla czytania: Zostawiaj książkę lub czytnik na poduszce. Miej audiobooka gotowego do odpalenia jednym kliknięciem, zanim wyjdziesz z domu. Połóż książkę na stoliku kawowym zamiast pilota do telewizora.

Chodzi o to, by czytanie stało się wyborem domyślnym, najłatwiejszą i najbardziej dostępną opcją w momencie nudy lub zmęczenia.

Atomowe nawyki w praktyce

Idea spopularyzowana przez Jamesa Cleara jest tu niezwykle użyteczna. Zamiast stawiać sobie ambitny cel „będę czytać godzinę dziennie”, zacznij od czegoś tak absurdalnie małego, że nie da się tego nie zrobić. Przeczytaj jedną stronę. Czytaj przez pięć minut.

Celem na początku nie jest pochłanianie wiedzy czy fabuły, ale zbudowanie tożsamości osoby, która czyta codziennie. Chodzi o regularność, o wyrobienie automatyzmu. Kiedy nawyk się ugruntuje, naturalnie zaczniesz wydłużać sesje, bo jedna strona często zamienia się w dziesięć, a pięć minut w pół godziny. To potęga pędu.

Można też zastosować technikę znaną jako implementation intention, czyli konkretny plan działania w formacie „Jeśli [SYTUACJA], to [ZACHOWANIE]”.

  • „Jeśli zaparzę poranną kawę, to przeczytam pięć stron książki”.
  • „Jeśli wejdę do autobusu, to włączę audiobooka”.
  • „Jeśli skończę pracę, to zanim włączę serial, przeczytam jeden artykuł”.

Taki plan usuwa konieczność podejmowania decyzji w danym momencie, co oszczędza naszą ograniczoną siłę woli.

Zasada 50 stron

Jedną z największych barier w sięganiu po nowe książki jest presja ich kończenia. Czujemy, że skoro zaczęliśmy, to musimy dotrzeć do ostatniej strony, nawet jeśli lektura nas męczy. To błąd logiczny znany jako efekt utopionych kosztów. Czas zainwestowany w złą książkę jest stracony, a kontynuowanie lektury tylko powiększa tę stratę.

Warto przyjąć osobistą zasadę – na przykład „zasadę 50 stron”. Jeśli po przeczytaniu 50 stron (lub po przesłuchaniu godziny audiobooka) książka cię nie wciągnęła, nie czujesz ciekawości, co będzie dalej – porzuć ją bez wyrzutów sumienia. Świat jest pełen genialnych książek i nie ma sensu tracić czasu na te, które do nas nie trafiają. Paradoksalnie, dając sobie pozwolenie na niekończenie książek, chętniej i z mniejszym lękiem sięgamy po nowe.

Mierz, ale nie daj się zwariować

Aplikacje takie jak Goodreads czy StoryGraph pozwalają śledzić postępy, tworzyć listy i stawiać sobie roczne wyzwania czytelnicze. To może być potężne narzędzie motywacyjne, ale też pułapka. Kiedy liczba staje się celem samym w sobie, łatwo wpaść w pogoń za „przerobieniem” jak największej liczby tytułów, wybierając krótsze i prostsze pozycje.

Traktuj śledzenie postępów jako lustro, a nie jako sędziego. Analizuj dane, by zrozumieć swoje nawyki. Może się okazać, że czytasz więcej w weekendy, albo że w danym miesiącu pochłonęły cię audiobooki. To cenne informacje. Jednak ostatecznym celem nie jest imponująca liczba na profilu, ale przyjemność, wiedza i refleksja, które płyną z lektury. Czasem jedna, dogłębnie przemyślana książka w miesiącu jest warta więcej niż dziesięć przeczytanych po łebkach.

Odzyskany czas, zapisane strony

Problem braku czasu na czytanie rzadko kiedy jest problemem logistycznym. To raczej kwestia perspektywy, świadomych wyborów i przeprojektowania otoczenia. Nie chodzi o magiczne znalezienie dodatkowej godziny w dobie, ale o świadome odzyskanie setek minut, które i tak posiadamy, a które rozpuszczają się w cyfrowym szumie.

To proces polegający na obniżeniu barier wejścia, redefinicji samego aktu czytania i wykorzystaniu psychologicznych sztuczek do budowy trwałego nawyku. Kiedy przestaniemy traktować czytanie jak odświętny rytuał, a zaczniemy jak codzienną, naturalną czynność, zintegrowaną z rytmem naszego życia – taką jak mycie zębów czy picie kawy – okaże się, że czas na nie zawsze był. Czekał tylko, aż go zauważymy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *