Wpływ seriali i filmów na nasze wybory życiowe
W 2020 roku sprzedaż zestawów szachowych w Stanach Zjednoczonych wzrosła o 87%, a książek o strategii szachowej o niewiarygodne 603%. Google odnotowało najwyższy od dziewięciu lat wskaźnik zapytań o hasło „jak grać w szachy”. Przyczyna? Fikcyjna postać, sierota i szachowa geniusz, Beth Harmon. Serial Gambit Królowej nie tylko opowiedział historię, on przeprojektował fragment rzeczywistości, wysyłając tysiące ludzi do sklepów i na strony internetowe w poszukiwaniu drewnianej planszy i 32 figur. To nie jest anomalia. To demonstracja cichej, lecz potężnej siły, z jaką ruchome obrazy rzeźbią w mapie naszych pragnień, ambicji i decyzji. To, co oglądamy, nie jest jedynie pasywną rozrywką. To symulator życia, który działa w tle, kalibrując nasz wewnętrzny kompas.
Lustrzane neurony w kinowym mroku
Nasz mózg, w swojej fascynującej złożoności, nie zawsze stawia grubą kreskę między doświadczeniem realnym a tym obserwowanym na ekranie. Kiedy widzimy, jak bohater pokonuje przeciwności losu, w naszych obwodach neuronalnych aktywują się obszary odpowiedzialne za te same emocje – strach, triumf, ulgę. To zasługa między innymi neuronów lustrzanych, komórek, które uaktywniają się zarówno wtedy, gdy wykonujemy jakąś czynność, jak i wtedy, gdy obserwujemy jej wykonanie u kogoś innego. W kinowym fotelu stajemy się cichymi uczestnikami zdarzeń, a granica między „ja” a „on” – bohaterem – staje się płynna.
To zjawisko doskonale wpisuje się w ramy teorii społecznego uczenia się Alberta Bandury. Twierdził on, że uczymy się nie tylko przez własne doświadczenia, ale również przez obserwację – modelowanie. Widzimy postać, która za odwagę jest nagradzana, a za zdradę karana. Te obserwacje tworzą w naszych umysłach skrypty zachowań, schematy przyczynowo-skutkowe. Fikcyjna narracja staje się zbiorem danych treningowych dla naszego systemu decyzyjnego. Nie musimy sami skakać z płonącego budynku, by wiedzieć, że to zły pomysł, ale nie musimy też zakładać własnej firmy, by podświadomie przyswoić sobie, że ryzyko i determinacja mogą prowadzić do sukcesu, jak w dziesiątkach filmów o start-upach z Doliny Krzemowej.
Architekci naszych ambicji: Jak ekran kształtuje kariery
Mało która dziedzina życia jest tak podatna na wpływ mediów, jak wybór ścieżki zawodowej. Historie o genialnych lekarzach, błyskotliwych prawnikach czy nieustraszonych detektywach nie tylko dostarczają rozrywki, ale też sadzą w naszych głowach ziarna aspiracji.
Efekt CSI
Jednym z najlepiej udokumentowanych zjawisk jest tak zwany „efekt CSI”. Popularność seriali z serii CSI: Kryminalne zagadki Las Vegas na początku XXI wieku spowodowała lawinowy wzrost zainteresowania kryminalistyką. Amerykańskie uniwersytety odnotowały gwałtowny skok liczby kandydatów na te kierunki. Młodzi ludzie, zafascynowani wizją pracy w sterylnym laboratorium, gdzie za pomocą zaawansowanej technologii w kilka minut rozwiązuje się najtrudniejsze zagadki, masowo wybierali tę ścieżkę. Rzeczywistość, oczywiście, okazała się mniej efektowna – pełna biurokracji, żmudnej pracy analitycznej i frustracji. Efekt ten miał też drugie, nieoczekiwane oblicze: wpłynął na ławy przysięgłych, które zaczęły oczekiwać od prokuratury niepodważalnych, „telewizyjnych” dowodów DNA w każdej sprawie, nawet jeśli nie było to konieczne ani możliwe.
Lekarze, prawnicy i spece od reklamy
Podobne mechanizmy można zaobserwować w innych branżach. Seriale takie jak Ostry dyżur, Dr House czy Chirurdzy ukształtowały całe pokolenie lekarzy, romantyzując zawód jako pełen dramatycznych zwrotów akcji i moralnych dylematów rozwiązywanych w biegu między jednym a drugim oddziałem. Z kolei Suits czy Ally McBeal przedstawiły pracę prawnika jako dynamiczną grę intelektualną w luksusowych wnętrzach, pomijając godziny spędzone na analizie dokumentów. Nawet świat reklamy zyskał na atrakcyjności dzięki serialowi Mad Men, który, choć osadzony w latach 60., roztoczył aurę kreatywności i prestiżu wokół zawodu copywritera i dyrektora kreatywnego.
Ekran nie tyle kłamie, co dokonuje starannej selekcji. Pokazuje nam najbardziej ekscytujące 5% danego zawodu, kondensując lata pracy w kilkudziesięciu minutach odcinka. I to działa, bo nasze mózgi kochają narracje, a historia o genialnym diagnoście jest znacznie bardziej pociągająca niż statystyki dotyczące średnich zarobków w służbie zdrowia.
Scenariusze dla serca: Romantyczna komedia jako instrukcja obsługi miłości
Jeśli kariera jest jednym filarem naszego życia, to relacje są drugim. I tu również kino i telewizja dostarczają nam gotowych szablonów. Przez dekady komedie romantyczne uczyły nas, czym jest miłość, randkowanie i związek. Wpoiły nam zestaw przekonań, które często mają niewiele wspólnego z rzeczywistością:
- Mit „jedynego/jedynej”: Przekonanie o istnieniu jednej, idealnie dopasowanej osoby, której odnalezienie jest celem życia.
- Wielki gest: Idea, że miłość trzeba udowadniać poprzez spektakularne, publiczne akty, jak serenada pod oknem czy gonitwa na lotnisko w ostatniej chwili.
- Konflikt jako preludium: Schemat, w którym początkowa niechęć i kłótnie są zwiastunem wielkiej namiętności.
- Miłość zwycięża wszystko: Uproszczona wizja, w której uczucie jest w stanie pokonać każdą przeszkodę – różnice klasowe, geograficzne czy fundamentalne niezgodności charakterów.
Badania psychologiczne, jak te przeprowadzone przez Bjarne’a Holmesa z Heriot-Watt University, sugerują, że osoby, które czerpią wiedzę o związkach głównie z mediów, mogą mieć mniej realistyczne oczekiwania i niższy poziom satysfakcji w swoich realnych relacjach. Kiedy codzienność nie przypomina scenariusza filmowego, a partner nie zachowuje się jak postać grana przez Hugh Granta, pojawia się rozczarowanie.
Jednak wpływ nie jest wyłącznie negatywny. Seriale takie jak Przyjaciele znormalizowały ideę „rodziny z wyboru” – grupy bliskich przyjaciół, która staje się głównym systemem wsparcia w dorosłym życiu. Dla milionów ludzi na całym świecie ten model stał się inspiracją do budowania własnych, głębokich relacji towarzyskich, które często są równie ważne, co te romantyczne.
Efekt kultywacji: Kiedy fikcja staje się naszą rzeczywistością
W latach 70. XX wieku George Gerbner i Larry Gross sformułowali teorię kultywacji. Jej rdzeń jest prosty: im więcej czasu spędzamy, oglądając telewizję, tym bardziej nasz obraz świata zaczyna przypominać ten prezentowany na ekranie. Telewizja „kultywuje” w nas określone przekonania o rzeczywistości.
Najbardziej klasycznym przykładem jest postrzeganie przemocy. Osoby, które oglądają dużo programów kryminalnych i wiadomości skoncentrowanych na przestępczości, statystycznie częściej wierzą, że świat jest niebezpiecznym miejscem i że prawdopodobieństwo stania się ofiarą przestępstwa jest znacznie wyższe, niż wskazują na to oficjalne dane. To zjawisko nazwano „syndromem wrednego świata” (mean world syndrome).
Ale kultywacja dotyczy też innych sfer. Postacie w serialach i filmach często żyją w mieszkaniach, na które w rzeczywistości nie byłoby ich stać. Jeżdżą drogimi samochodami, noszą markowe ubrania i spędzają czas w modnych lokalach. Ta nieustanna ekspozycja na wyidealizowany styl życia może prowadzić do:
- Zawyżonych oczekiwań materialnych: Zaczynamy postrzegać pewien poziom luksusu jako normę, a nie wyjątek.
- Niezadowolenia z własnego życia: Porównując naszą codzienność z wykreowanym, błyszczącym światem, możemy czuć się gorsi lub odnosić wrażenie, że coś nas omija.
- Podejmowania decyzji finansowych: Chęć dorównania do ekranowych idoli może skłaniać do podejmowania nierozsądnych decyzji zakupowych czy zaciągania kredytów.
Fikcja nie musi być realistyczna. Jej celem jest opowiedzenie wciągającej historii. Problem pojawia się, gdy nasz mózg, karmiony tysiącami godzin takich opowieści, zaczyna traktować je jako miarodajny obraz świata.
Świadomy widz w matriksie narracji
Czy to oznacza, że jesteśmy bezwolnymi marionetkami, których sznurki pociągają scenarzyści z Hollywood? Nie. Wpływ mediów jest subtelny i złożony, a my nie jesteśmy pustymi naczyniami. Posiadamy własne doświadczenia, system wartości i zdolność do krytycznego myślenia.
Kluczem jest świadomość. Zrozumienie, że każda historia filmowa czy serialowa to konstrukcja, produkt podlegający określonym regułom narracyjnym, dramaturgicznym i komercyjnym. Bohater musi być ciekawy, fabuła wciągająca, a konflikt wyraźnie zarysowany. To prowadzi do uproszczeń i przerysowań, które są niezbędne dla opowieści, ale mogą być mylące jako przewodnik po życiu.
Opowieści są jednym z najpotężniejszych narzędzi, jakimi dysponuje ludzkość. Mogą inspirować do nauki, jak w przypadku Gambitu Królowej. Mogą uwrażliwiać na problemy społeczne, jak filmy poruszające tematykę dyskryminacji. Mogą motywować do przekraczania własnych granic i dodawać otuchy w trudnych chwilach. Siła oddziaływania ekranowych narracji jest neutralna – to od nas, widzów, zależy, co z niej weźmiemy.
Następnym razem, gdy będziesz oglądać serial i poczujesz ukłucie inspiracji, by zmienić pracę, kupić nowy gadżet czy inaczej spojrzeć na swój związek, zatrzymaj się na chwilę. Zadaj sobie pytanie: czy to naprawdę moje pragnienie, czy może po prostu wyjątkowo dobrze napisany scenariusz? Odpowiedź może być bardziej złożona, niż się wydaje. Jesteśmy bowiem sumą naszych doświadczeń – zarówno tych przeżytych, jak i tych obejrzanych.

